maj 9, 2008
Data wydania: 23 stycznia, 2006
Gatunek: indie, alternative, rock
Sajty: Oficjal, MajSpejs
Pamiętam pierwsze odpalenie tej płyty, kiedy nieświadomy, już po wciśnięciu “plej” wiedziałem, że ją pokocham. A im dalej wgłąb pierwszego kawałka, tym lepiej. Czysta energia, niezłe zmiany tempa, uroczy, kojarzący mi się z muzyką lat 70′tych wokal. Drugi kawałek to już zupełna orgia, miarowe uderzenia perkusji, wybitnie dające o sobie znać w cudnym refrenie i rzeczywiście, założę się, że ten kawałek dobrze wygląda na densflorze. Energetyczna łupanka ani przez chwilę nie spuszcza z tonu na całej płycie, tekst niejednokrotnie zaskakuje (You sexy little swine), a perkusja często gra pierwsze (paradoksalnie) skrzypce, wyraźnie wybijając rytm i wywołując potakiwanie głową. Oczywiście, nie jest idealnie, bo spokojne kawałki zupełnie do mnie nie trafiają. Może i takie zamierzenie - dać odpocząć słuchaczowi, ale kiedy każdy wcześniejszy track wchodzi dobrze, to nie potrzeba mi przerwy. Wybaczę, bo “Riot Van” trwa nieco ponad dwie minuty zaledwie. Potem mamy romantyczne otwarcie “The Sun Goes Down“, z wolna rozkręcające się, aby przejść do hałaśliwego (jak na normy indie rocka) nacedzania w instrumenty - prawdziwie popisowy numer. I w zasadzie “From The Ritz To The Rumble” (cudo) mogłoby zakończyć ten krążek, bo ostatni, zamykający wałek to beztroskie plumkanie, nadające się do odlania. Debiut Arktycznych Małpek wywołał u mnie chwilową podnietę tym całym indie graniem. Ale po ściągnięciu kilku kapel dumnie opisanych tą metką (a jest ich od cholery, większość nazw kończy się na …s, a na początku prężnie często stoi The… - Małpki przynajmniej tego drugiego uniknęły), stwierdziłem, że żadna się nie umywa i dałem sobie na luz. Czasem, od biedy jeszcze jakaś się trafi zjadliwa, ale to właśnie ten CD (z jakże fajną okładką) jest póki co najlepszy i od niego omierzam. I jebie mnie gadanie, że to komercyjne ścierwo. Szkoda jedynie, że druga płyta wypadła blado w moich uszach. Cóż, poczekamy na trzecią.
Brak komentarzy » |
alternative, indie, rock |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
maj 2, 2008
Data wydania: 30 maja, 2005
Gatunek: ska, punk
Sajty: Oficjal, MajSpejs
Krótko. Dla mnie, osobiście, to fenomenalna płyta, najlepsze dokonanie polskich artystów w materii muzyki rozrywkowej. Krążek posiadający wszystkie niezbędne atrybuty, których wymagam w tym gatunku. Niezwykle skoczne, przepełnione pozytywną energią melodie, cholernie chwytliwe teksty, które w mig wbijają się do pamięci i przy trzecim, czwartym przesłuchaniu same się wyrywają nam z ust (spróbuję nie cytować do końca notki, co, jeśli sie uda, będzie moim sukcesem). Spore bogactwo dźwiękowe, gdzie obok standardowych gitar, perkusji i trąbki (rzadkość, a jakże świetnie uzupełniająca całość), gościnnie mamy puzon, saksofon (ja go od trąbki nie odróżniam, ale wypada uwierzyć wkładce z informacją), akordeon, czy skrzypce. A i chórki są. Tak się teraz zastanawiam nad wokalem i muszę powiedzieć, że on po prostu jest. “Dżeki”, choć ma ksywę nadającą się na imię dla psa, to ma też głos, który po prostu nie przeszkadza i w jakiś sposób tworzy zgrabną całość, zachowując idealną równowagę między linią melodii i wokalu. Jedno bez drugiego nie ma prawa istnieć. Cały rok 2006 (bo dopiero wtedy odkryłem kapelę), był rokiem Końca Świata i bez wahania wskazuję tę płytę jako tę “naj” tego okresu. Ba, ukradzione mp3 zmotywowało mnie do zakupu oryginalnej płyty (dostałem też pocztówkę gratis), co jest swoistym fenomenem, bo z oryginalnych nagrań to ostatnio jeszcze kasety kupowałem (”Americana” Offspring i OST z “Mortal Kombat“). Jak widać - gdy ktoś chce, to potrafi zachęcić. Aha, płyta bez słabego punktu, 10/10, słucham jej na jednym wdechu. No dobra, jednak “Dziewczyna z Prowincji” i melodia grana na grzebieniu jest lekko czerstwa. 9,5/10.
Brak komentarzy » |
punk, ska |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 29, 2008
Data wydania: 17.03.1999
Gatunek: alternative rock, shoegaze, blues
Sajt: MajSpejs, DeadRadioLive
Co ja się naszukałem tego krążka po Sieci, to już moje. Próbka w beznadziejnej jakości narobiła mi smaku na tyle, że się nie poddałem do końca. Dopiero ostatni bastion - SoulSeek, spisał się na medal. Howard sam w sobie, miał epizod w Bed Sids’ach z Nikiem Kejwem i ich płytą “Let love In” (stare dzieje). Potem chlapnął kilka głębszych z Mick’iem Harvey’em, również członkiem, który notabene też kilka swoich solowych płyt ma i nagrali właśnie ten CD. Gitary i wokal. Dwa nieodzowne podmioty, którymi należy opisać to, co się tutaj dzieje. Gitary przesterowane, nieczyste, tworzące melodyjne tło dla wyraźnego wokalu. Ten brzmi, jakby Rowland miał tampony w nosie, albo jakiś inny katar, bo sprawia wrażenie gościa z wiecznie zatkaną kichawą, choć może właśnie w tym tkwi jego urok. Trzeba lubić ten typ muzyki, a już przy pierwszym utworze - “Dead Radio” można się zachwycić. Przebojowości tu tyle, co zero, jest umiarkowanie mrocznie, dostojnie, w sam raz na romantyczny wieczór przy zniczach. Tak ogólnie wygląda koncept albumu jako całości. Mamy wielokrotne zmiany tempa i skoki poziomu decybeli w “I Burnt Your Clothes“, romantyczne zawodzenie i cholernie intensywnie-melodyjną końcówkę w “Silver Chain“, a “galopowy” rytm “Undone” nadawałby się na podkład pod western. Na koniec dostajemy świetnie zamykający płytę “Sleep Alone” z nieregularnymi gitarami i, tym razem, zepchniętym na dalszy plan wokalem. Świetny tytuł albumu i okładka. Szkoda, że to jednorazowy wybryk Rowlanda. Tym bardziej nie zaszkodzi sprawdzić. Jak to mawiają arabscy samobójcy - niewiele do stracenia, wiele do zyskania.
Brak komentarzy » |
alternative, blues, rock, shoegaze |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 26, 2008
Data wydania: 20.03.2007
Gatunek: alternative rock, indie, psychodelic
Sajt: Oficjal, PolskaStrona, MajSpejs
Ciekawe po co i na chuj on się tak drze - pomyślałem, gdy włączyłem pierwszy utwór, ale co ciekawsze, od razu mi się to spodobało. “March Into The Sea” i te przeurocze, psychodeliczne “A HA HAAA” czy “KRAJ KRAJ KRAJ”, przerywane luźnym śpiewem do melodii rodem z pozytywki, wrzuca uśmiech rozbawienia na usta. Zachęcony ciekawym konceptem, wsłuchałem w dalszy ciąg płyty. I co? Żwawy “Dashboard“, na swój sposób fajny, choć nic w nim charakterystycznego. Trzeci kawałek i już wiedziałem, że będzie to urozmaicona, pod względem brzmieniowym, płyta. Dzięki temu człowiek nie odczuwa znużenia, a w leniwym (choć do czasu) “Parting Of The Sensory” i jego wyraźnym, dobitnym “fakit” można sie zadurzyć. Na wyróżnienie zasługuje też zdecydowanie “Spitting Venom“, sukcesywnie nabierające mocy, aby w połowie niespodziewanie zwolnić i “dociągnąć” do końca w swoim nieśpiesznym tempie. Podsumowując, świetne, intrygujące otwarcie (parasola w dupie), ale ogólnie to luźna, rozrywkowa płyta, z wyraźnie zaakcentowanymi fragmentami czilałtu, bujanki i pogo. A wśród tego wszystkiego niesamowicie charakterystyczny głos Isaac’a Brock’a. Wciąż się zastanawiam jak można śpiewać raz niewinnym, dziecięcym głosem, to znowu chrypiąc, czy krzycząc. A krzyczeć to on potrafi.
Brak komentarzy » |
alternative, indie, psychodelic, rock |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 24, 2008
Data wydania: 19. 09. 2006
Gatunek: post-rock, instrumental, experimental
Sajty: Oficjal, MajSpejs
Spora dawka sentymentu i cholernie długie tytuły kawałków - dwie cechy charakterystyczne Czerwonych Wróbli (wszak nie codziennie spotyka się tytuły takie jak “We Stood Transfixed in Blank Devotion as Our Leader Spoke to Us, Looking Down on Our Mute Faces With a Great, Raging, And Unseeing Eye”, prawda?) . Sentyment oczywiście dotyczy jedynie mego osobistego nastawienia do tej grupy, która w zasadzie jest zbiorowiskiem artystów z innych kapel (Isis, Neurosis). To ich druga płyta, w moim odczuciu wyraźniejsza i lepsza od swojej starszej siostry. Ale skąd ten sentyment? Red Sparowes byli pierwszą ekipą, która mnie zauroczyła swoim post rockowym brzdękaniem. Z upływem czasu gatunek ten stał się dla mnie z lekka nudny, monodźwiękowy i kolejne płyty postrokowych kapel zazwyczaj wyrzucam po przesłuchaniu, bo w większości przypadków nie serwują niczego nowego. Jak to mawiają - dla odmiany to samo. Ale to właśnie Wróble zawsze znajdą miejsce na moim dysku i pomimo faktu, że nie prezentują niczego niebanalnego czy zadziwiającego w zakresie gatunku, nie nudzą mnie. Ot, swoisty fenomen. Tłumaczę to właśnie pierwszym zauroczeniem i inicjacją z postrokiem, w który mnie wprowadzili. Nie zrozumcie mnie źle - to bardzo dobra muzyka, ale co za dużo, to i świnia nie zeżre, a mi się gatunek nieco przejadł, stąd psioczę, zupełnie bez powodu. Słuchając Red Sparowes tak “przy okazji”, zajmując się zupełnie czym innym, muzyka ta, nas ominie, przeleci gdzieś z boku, niezauważalnie. Stąd wymagane jest skupienie, poświęcenie uwagi i czasu tylko dźwiękom. Te w zamian wynagrodzą nam to epickimi kompozycjami i klimatem. Na leniwe noce w sam raz. Szkoda jedynie, że panuje względna cisza w temacie nowej płyty. Coś tam się mówi, ale jakoś bez przekonania.
Brak komentarzy » |
experimental, instrumental, post-rock |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 23, 2008
Data wydania: 22.03.2008
Gatunek: electropop, indie, dance,
Sajt: Oficjal, Modular Records, Majspejs
Spore zaskoczenie. W sumie nie nazwałbym tego zaskoczeniem, po prostu od niechcenia ściągnąłem płytę, która w ostatecznym rozrachunku okazała się całkiem zjadliwa. Po pierwszym przesłuchaniu już ją miałem w koszu, ale coś mnie pokusiło i przywróciłem folder. I udało się Australijczykom wykorzystać kredyt zaufania, którym ich obdarzyłem. Z zasady unikam ostatnimi czasy pop densowych kapel, ale czasem od biedy, dla odchamienia się lubię czegoś takiego posłuchać, a co. Cut Copy trafiło w ten moment idealnie i podejrzewam, że czekali z wydaniem płyty na mój densowy nastrój. Człowiekowi sama głowa się kiwa, co przy muzyce tanecznej nie jest niczym niezwykłym, ale w moim przypadku głowa się kiwa tylko po piwach, a ochoty do tańca we mnie tyle, co w keczupie Tesco najważniejszego składnika - koncentratu pomidorowego (19%; Hellmann’s - 63%). Jest całkiem przebojowo, dźwięcznie, z lekką nutką oldskulu. Out There On The Ice, Light And Music, Heart On Fire (ten ostatni nawet ma sample jakby z Dr. Albana, czy innego Haddaway’a w tle), to kawałki, które sobie wyobrażam, w różnych aranżacjach i DJ Ktośtam remiksach, na klubowych parkietach, mające wszystkie atrybuty niezbędne do sukcesu. Co nie znaczy, że pozostałych nie dałoby sie pod to podciągnąć, ale nie wnikam, okej? Nic genialnego, ba, nic bardzo dobrego, ale dobry, solidny elektropopdensik to na pewno. No dobra, siadaj, dobry z plusem.
Brak komentarzy » |
dance, electropop, indie |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 22, 2008
Data wydania: 09.07.2007
Gatunek: electronic, trip-hop, alternative
Sajty: Oficjal, MajSpejs
Nazwa UNKLE przewijała mi sie gdzieś między informacjami, ale całkiem przypadkiem postanowiłem sprawdzić ich najnowszą, pełnowartościową płytę. Jej potęgą są ficzuringi. W ponad połowie kawałków mamy jakiś wokal, bo UNKLE samo w sobie, to jedynie elektronika i trip-hopowy podkład dźwiękowy (stąd drugi CD, zawierający jedynie instrumentale), co nie każdemu może pasować, ale kluczem są tutaj właśnie gościnne występy, co nawet zauważyła moja siostra, beznamiętnie słuchająca wprowadzenia, ale przy wokalu się pobudziła i stwierdziła, że “ładnie zawył gościu, nagraj mi to”. I właśnie tak to wygląda, kawałki wypełnione są z grubsza chwytliwymi melodiami, ale dopiero przy partiach wokalnych przyjemność ze słuchania sięga zenitu i człowiek sam do siebie mruczy tekst, bo zaśpiewać pod nosem to ciężko. Najlepiej tutaj wypada zdecydowanie Gavin Clark (Keys To The Kingdom i Broken - kocham oba, szczególnie na słuchawkach), umiejętnie przeciągający i o zdecydowanie smutnym głosie, co ładnie kontarstuje z dosyć rześkimi melodiami od Dżejmsa i Timjego - członków UNKLE. Mamy na płycie też kilka miałkich kawałków, szczególnie tych pozbawionych wokalu (pomijając Chemistry, bo te jest świetne i bez tego), żeński wokal w Mayday jest taki, że mogłoby go nie być, Persons & Machinery jakieś jednostajne i mało chwytliwe, a Twilight i z tekstem jest słabe. Oj tak, druga połowa płyty zaczyna się słabo, na szczęście przy Morning Rage odzyskuje wigor i pompę, o dziwo nawet bez ficzuringu, za co chwała. Dodajmy na koniec popisowy Broken (zjawiskowy wokal wspomnianego Gavina Clarka), plus melodyjne, trwające blisko kwadrans, choć “oszukane” zakończenie i mamy obraz kapitalnej płyty. Ze słabszymi momentami, ale za to z zacnymi ficzuringami, bo najwyraźniej chłopaki z UNKLE wiedzieli, czego im brakuje do sukcesu. Poszukali, znaleźli, nagrali i włala.
Brak komentarzy » |
alternative, electronic, trip-hop |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 19, 2008
Data wydania: 21.11.2006
Gatunek: instrumental, classical, ambient, soundtrack
Sajty: Oficjal, MajSpejs, Posmakuj
Kiedy ktoś mówi “ścieżka dźwiękowa do filmu”, to ja myślę “Clint Mansell”. Anglik najwięcej zawdzięcza swojemu przyjacielowi Darren’owi Aronofsky’emu, który reżyserując takie filmy jak “Pi”, “Requiem Dla Snu”, czy właśnie “Źródło”, postanowił dać Klintowi kolosalny w nich udział, pozwalając mu stworzyć cały podkład dźwiękowy pod obraz. Można śmiało uznać Mansell’a współtwórcą tych filmów, bo jego twórczość stanowi połowę klimatu prezentowanych na ekranie wydarzeń. Talent Klinta do tworzenia epickich melodii jest nie do zastąpienia, a wystarczy wspomnieć, że jego “Lux Aeterna” (i jej remiksy) jest najczęściej (w sumie aż za często) wykorzystywanym kawałkiem we wszelakich, amatorskich filmikach z YouTube i pochodnych serwisów. Soundtrack ze “Źródła” najlepiej smakuje już po seansie filmowym, kiedy to sami możemy przywołać obrazy z pamięci. Płytę wypada słuchać w spokoju, obowiązkowo od początku do końca, bo stanowi ona niejako całość, żonglując sprawnie momentami, snując się przez kilka minut, aby nagle wybuchnąć źródłem (nomen omen) i ferią dźwięków wyniosłych i wrzucających ciary na plecy. To ponad 45 minut gęstego, melancholijnego klimatu, nie na każdą chwilę, ale pięknie wynagradzającego poświęcony na zatopienie się w nim czas. Kiedy ktoś mówi “najlepsza ścieżka dźwiękowa do filmu”, to ja myślę “Źródło”.
Cudo, rzekłem.
Brak komentarzy » |
ambient, classical, instrumental, soundtrack |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 18, 2008
Data wydania: 03.03.2008
Gatunek: alternative rock, lyrical
Sajty: Oficjal, MajSpejs
Wcześniejsze dokonania tej ekipy jakoś mnie nie poniosły, ale ta płyta daje mi takiego Kejwa, jakiego lubię najbardziej. Już otwierające dźwięki mówią nam, że mamy do czynienia z muzyką przebojową, może ździebko popową (co sugeruje już “neonowa” okładka), ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jak zawsze świetny Kejw na wokalu jakby odmłodniał, zachciało mu się bardziej tanecznych rytmów i jak dla mnie to świetne posunięcie, które wypaliło idealnie. Choć nie należy opacznie odbierać pojęcia “taneczne”, coby nikt nie pomyślał, że Rihanna i Nelly “Rokita” Furtado są zagrożone. Jest dyskotekowo na tyle, na ile może sobie Kejw pozwolić. Ale nie jest też do końca tak, że mamy tu tylko kawałki “cum tancen”, o nie. Są też balladki, są tracki jednostajnie zapętlone dźwiękowo (momentami aż za bardzo), nastawione właśnie na lirykę i nie taki przecież banalny głos Kejwa. Właśnie charakterystyczny wokal jest tutaj siłą napędową, to on narzuca zmiany tempa, podkreśla je kiedy trzeba, czasami sobie “posialalalala”, a poza tym najzwyczajniej w świecie przyjemnie posłuchać o czym mówi. No i Jaskinia sobie tak śpiewa, czasem pogada, czasem coś jęczy, mruczy, nabija klimat całości. A robi to w najlepszy sobie znany sposób, wszak potrafi. Z całości wyrzuciłbym jedynie felerny czwarty kawałek, bo jakoś nieudolnie rozbija obraz ogółu. Poza tym ani dźwięku nie odmówię i to najlepsza zagraniczna płyta pierwszego kwartału roku.
Brak komentarzy » |
alternative, lyrical, rock |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO
kwiecień 17, 2008
Data wydania: 22.02.2008
Gatunek: hip-hop
Sajt: Asfalt Records
Adam Ostrowski przyzwyczaił nas, że co roku, regularnie w lutym, wypuszcza w nasze szpony świeży materiał. I to nie jakieś popłuczyny, trzy tracki na krzyż, ale wypchaną po brzegi płytę. Ty razem nagrał nam blisko osiemdziesiąt minut tłustego, hip-hopowego łajna, co jest dwukrotną długością standardowego wydawnictwa, ale Adaś od lat wyznacza swoje, nowe standardy. Mogłoby się wydawać, że skoro ilościowo jest tego sporo, to jakościowo może być różnie. Błąd. Widać, że Ostry nie dość, że płodny i twórczy, wciąż się rozwija, urozmaica twórczość i nie spoczywa na bling blingach. Czuć na tej płycie sporo jazzu, jest mało “rozrywkowa”, za to bardzo “korzenna” i cholernie dobra. Nawet zagraniczne ficzuringi, średnio mi podchodzące na zeszłorocznych wydaniach, teraz należy uznać co najmniej za udane.
Adaś ma inny styl, niż tolerowani przeze mnie Eldo i Łona. Eldo wyraźnie stawia na teksty, które często są mądre i dosyć osobiste, Łona ma charakterystyczny, głupio-zabawny storyteling i jest bardziej rozluźniający. Ostry kursuje gdzieś miedzy nimi, jest tzw. złotym środkiem, z najlepszymi podkładami, nutką wulgaryzmów i szczyptą obelg (pozdro “pizdo Andrzejewicz”), choć wyraźnie spuścił z tonu w porównaniu z HollyŁódź.
Co pewne: jest nadal najlepszy w swojej klasie, choć pseudo ma co najmniej głupie.
Brak komentarzy » |
hip-hop |
Odnośnik
Opublikował/a zsiaduemlekO